czwartek, 10 czerwca 2010

wielka woda

to był bardzo smutny czas. z nieba woda lała się niemal bez przerwy, przelane rzeki, stawy, każdy dołek wypełniony wodą... wszędzie odgłosy agregatów i pomp, węże, worki z piaskiem... zagubione ptaki, zimno, wilgotno. w pewnym momencie kaloryfery zaczęły grzać na szczęście ktoś pomyślał...

w drugi dzień powodzi, na moście piłsudskiego spotkałam kolegę fotoreportera. leje. ja smutna, on uśmiechnięty od ucha do ucha mówi: ale fajnie! festyn jest! ludzie wyszli z domów! 
ta... tylko, że oni wyszli ze strachu i niepewności [ewentualnie ciekawości, rzecz jasna], ale raczej nie po to by się cieszyć i świętować wielką wodę...
pamiętam też powódź z 97roku. wody dużo, wały ledwo to wytrzymały, ale żaden nie został przerwany. przechodzącej przez kraków fali towarzyszyła piękna pogoda - początek lipca czy jakoś tak. świeciło słońce - ok.30 stopni. ludzie wylegli nad wisłę oglądać wielką wodę i opalać się. atmosfera iście festynowa. na głowę nic się nie lało, fala minęła bardzo szybko i po strachu.



Brak komentarzy: